Szkoła, to nie fabryka prymusów – nauka samodzielności Montessori

Jesienią rozpocznie się pierwszy rok szkolny pierwszej w Szczecinie szkoły podstawowej nauczającej metodą Montessori. Ten sposób nauczania, opracowany ponad sto lat temu przez Marię Montessori, można streścić w zdaniu: samodzielność i rozumienie zamiast kontroli i zapamiętywania.

Dr Paul Epstein, dyrektor praktykującej tę metodę szkoły w Rochester w USA, podczas konferencji na Wydziale Humanistycznym US próbował zachęcić szczecinian do tego sposobu na edukację.

– Tradycyjne metody nauczania zakładają, że wszyscy ludzie są tacy sami i można ich ze szkoły wypuszczać jak produkt z taśmociągu w fabryce – mówił. – Nauczyciele wydają te same polecenia, dzieci uczą się z tych samych książek. Cały proces nauki cały czas przebiega tak samo, niezależnie czy dziecko jest na to przygotowane czy nie, czy im się to podoba czy nie.

Epstein twierdzi, że współczesny świat, w którym wszystko się zmienia, nie wymaga już w procesie nauczania masowego pochłaniania coraz to nowych informacji, a raczej rozumienia tego, co wokół się dzieje. Nauczyciel w metodzie Montessori nie jest dla dziecka egzekutorem wiedzy, a przewodnikiem w jej pochłanianiu, który ma do poznania zachęcać, a nie zmuszać.

– Człowiek w dzisiejszym świecie powinien być przygotowany na każdą okoliczność, także na to, co nieprzewidywalne – mówił dr Epstein. – Zamiast wbijać dzieciom do głowy wiedzę na siłę, powinniśmy uczyć je adaptacji do zmieniającego się otoczenia.

Maria Montessori twierdziła, że okresy edukacji dziecka nie powinny być dzielone na semestry i lata, a na kilkuletnie cykle, które odpowiadają naturalnym okresom nabywania konkretnych umiejętności, predyspozycji.

– Do szóstego roku życia zazwyczaj dziecko ma nastawienie, które można streścić w deklaracji „wszystko umiem!” – mówił Epstein. – Ale w praktyce to pozytywne nastawienie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością i tym sposobem mamy całą masę trzy-, cztero-, pięcioletnich frustratów.

W metodzie Montessori uczniowie sami organizują sobie czas, muszą wykazywać się dużą dozą samodzielności i kreatywności. Przy tym nie wymaga się od nich siedzenia w jednym miejscu. I to, jak twierdzi Epstein, jedna z największych zalet tej metody.

– Kiedy pytam dzieci, co im najbardziej podoba się w szkole Montessori, zazwyczaj odpowiadają, że możliwość ruchu, przemieszczania się – mówi.

Mocno akcentowana w tej metodzie jest samodzielność dziecka. Epstein opowiadał m.in. o pięcioletnich dziewczynkach, samodzielnie budujących… układ scalony.

– Uczą się na konkretnych przykładach, nie wkuwają tej wiedzy na siłę – mówił. – W naszej metodzie ważne jest, by wykorzystywać naturalną ciekawość świata, jaką przejawiają dzieci. Dla nich nauka to przygoda, nie obowiązek. Kiedy dziecko słyszy „musisz”, od razu traci motywację. Maria Montessori mawiała, że korzystając z tej naturalnej żądzy wiedzy, trzeba dać dzieciom cały wszechświat. W tradycyjnej szkole to nie jest możliwe, bo uczeń musi wykonywać polecenia i często na własną kreatywność już nie ma miejsca ani czasu.

Dyrektor amerykańskiej szkoły Montessori odniósł się też do wątpliwości, czy aby uczeń kształcony tą metodą nie staje się zbyt kłopotliwym dla otoczenia buntownikiem.

– To nie jest tak, że w tym systemie dziecku wolno wszystko – zapewniał. – Nie wolno im rzucać przedmiotami, ranić innych, uczymy je, że po zakończeniu danej czynności muszą materiały odłożyć na miejsce.

Pierwiastek buntowniczy ujawnia się jednak w dość zabawny i niewygodny dla nauczyciela sposób.

– Uczniowie kształceni metodą Montessori stają się o tyle trudni, że myślą, a co za tym idzie zadają trudne pytania – mówił dr Epstein. – Zdarza się, że pytają nauczyciela: „ty musisz czy chcesz prowadzić tę lekcję”?

Jak zapewnia Epstein, najważniejsza w Montessori jest zasada „nie wolno robić za dzieci tego, co są w stanie zrobić same”.

Lekcje w szkołach prowadzonych tą metodą dostosowane są do indywidualnych możliwości i umiejętności uczniów.

– Jeśli dane dziecko ma np. problem z pisaniem, to zamiast napisać wypracowanie, może o jakimś zagadnieniu po prostu opowiedzieć albo narysować, namalować – mówił Epstein.

Dyrektor amerykańskiej szkoły Montessori zapewnia, że metoda ta kształtuje samodyscyplinę i odpowiedzialność.

– Dzieci uczone w ten sposób są bardzo grzeczne, bo cała ich energia jest skoncentrowana na konkretnej aktywności – mówił. – Uczą się też pracy w grupie, we współpracy z rówieśnikami. Są do tego zmuszone w naturalny sposób, bo gdy są pozbawione kontroli nauczyciela, muszą jakoś same się zorganizować. Nauczyciel tylko stara się ich zainteresować.

Dr Epstein twierdzi też, że metoda ta kształtuje pewność siebie i przebojowość ucznia.

– Maria Montessori wierzyła, że sukces jaki odniesiemy w życiu zależy od tego jaką pewność siebie w sobie rozwiniemy – mówił. – I tę bardzo ważną cechę możemy w sobie wykreować, czerpiąc z potęgi samowystarczalności, jaką daje nam Montessori.

źródło: http://www.mmszczecin.pl/448162/2013/5/12/nauka-samodzielnosci-montessori-szkola-to-nie-jest-fabryka-prymusow?category=news